Ostatnio X-fusion przestał mnie słuchać i dawał mi w dupę swoim brakiem tłumienia odbicia. Było to wkurzające bo na każdy większym dołku dobijałem dziada, a na hopkach wystrzeliwał w kosmos. Zawiecha nałapała luzów (ostatni przegląd rok temu) i latała jak kalisony na wietrze. Teraz odzyskała sztywność i gotowość do pracy prawie jak ja ;) Teraz mam już nowy damper i rower zasuwa całkiem nieźle. Manetka jest super.
Syf na Sołonce, ale za to miałem pałera i wszystkie ścianki bez młynkowania. Niestety przed Wilczym zawróciłem i wróciłem pokrętnymi ścieżkami byle w terenie. Ścieżka na DH Babica już zryta przez dziki i zarosnięta. Smuteczek.
Kupiłem sobie szlifierkę do kradzieży rowerów hyhy... Za 30zł, a akurat akumulatory z wkrętarki pasowały, więc mam. Się przyda się.
Porobione kilka 50-tek parę dni z rzędu. W sumie to od ostatniego wpisu zrobiłem ich całkiem sporo. Nie śpię i jeżdżę. Niestety start zazwyczaj po 21, bo wtedy mogę.
No byłem byłem. Kiedy ktoś pyta mnie czy jeszcze jeżdżę, to zawsze odpowiem: "tak!". Przecież nigdy nie przestałem. To że urodził mi się syn (już 2 lata z miesiącami), to nie znaczy że przestałem jeździć. Moje jazdy stały się za to mniej efektowne, ale za to efektywne, bo nie straciłem za dużo kondycji, ale nie robię niczego na siłę. W tym roku mam najwięcej zrobione chyba czarnym Cubem, bo najszybciej mi sie z nim zabiera, a sprzęcik daje radę nawet w terenie, więc ogarnia tak pół na pół wszystko. Nawet na wilczym byłem nim ze dwa razy :D Syn podrośnie to myślę że będzie śmigał na małym rowerku. W sezonie to będzie miał juz prawie 3 lata. Może coś więcej pośmiga. Na razie jest z niego niezły skurczybyk. Będzie urwis w sam raz do ostrej jazdy z górki, bo lubi adrenalinę (nie po rodzicach, ale po dwóch harpaganach dziadkach to ma), więc kask już ma i trzeba pomyśleć jeszcze nad jakimś NNW na 100 milionów i można jeździć spokojnie.
Miałem taki głupi pomysł (mam ich bardzo dużo) żeby pojechać w nocy z dala od upałów, na jakiś większy dystans. Niestety Maćkowi skonczyło się paliwo i wróciliśmy przez Węglówkę do Strzyżowa i do domu. W dzień ścięło mnie na 3-4 godzin. W planie jest jeszcze jazda nocą na serpentyny w Tylawie koło Sanoka, ale nie mam chętnych :D Sam nie pojadę bo nudno trochę. Zobaczy się.