No i mam w końcu neta, przyzwoitego, a przynajmniej całkiem darmowego i do tego mobilnego Niestety nie pamiętam już gdzie jeździłem, wiem tylko jedno. Oba liczniki mają na koncie od ostatniego wpisu jakieś trylion dni temu, po parę km. Jeden ma 1263km, a drugi prawie 500km. No i pytanie, co tu teraz z tym fantem zrobić?
Nic nie wpisywałem, bo miałem robotę po prawie 12h, gdzie ledwo żyłem lub po prostu jedynym moim pragnieniem było jak najszybsze położenie się w łóżku. Obecnie zasiliłem rzeszę młodych, pięknych, dobrze wychowanych i wykształconych... bezrobotnych
Rower za to dostał prawie nowy napęd, czyli 3 nowe łańuchy jakże dobrze znanej wszystkim wietnamskiej firmie, która produkuje łańcuchy nawet do maszyn, czyli Yaban. Do tego przybyły dwie kasety, zębatka SLX, nowa opona, klocki i kilka pierdół. Nowym nabytkiem stał się też zapas izotonika na zimę (wiem, porąbało mnie ). Zrobiłem też wymianę uszczelek w domainie. Hula teraz pięknie. Olej hydrauliczny za 60zł za litr też powinien być dobry, szczególnie że 2.5W. Oryginalny JCB (taki tylko mieli w robocie za darmola, to wziąłem )
Asi też zakupiłem oponki i różnego rodzaju pierdółki.
Na koniec pytanie dla odwiedzających: Jak mam wpisać te km, zapomniawszy gdzie byłem?
Kiedyś tam pojechałem do NSB po nowe uszczele do mojego pancernego uginacza, czyli RS Domain. Przy okazji wymieniłem też olej i wyczyściłem amora wewnątrz. Co dziwne, po tych kilkunastu tys km, nie było tam praktycznie wcale brudu. Uszczelki się tylko wytarły i zaczęły puszczać olej no i to mnie irytowało. Co dziwne, w sklepie dałem mniej za oryginały, niż na allegro (prawie 50zł taniej)
Po awarii na Wilczym, nie poddaliśmy się z Piotrkiem i wyruszyliśmy na Strzałówkę. Na chama darliśmy przez pola, byle tylko w terenie i kręciliśmy się nieraz w koło:D:D W Lutczy wyjechaliśmy za stacją, więc nawrót i już na dobrą drogę, gdzie jej... nie było, za to bardzo fajne dwa pieski, które zachciały być głaskane, więc dzięki temu dzisiaj mogę pisać te słowa tymi rencyma;) W gorę, w lewo, w prawo, koło domu (ma się tę pamięć, co :D), potem zeżarliśmy jabłka których wtedy było dużo. No i zjeżdżamy na dół szutrem i kurzawicą, gdzie kona zakurzył facetowi spodnie kościołowe... facet zły, a ja jeszcze nadjechałem. No to w dół pod sklep, gdzie dziadek (tubylec) mówi nam że na strzałówkę się nie da rowerem, żebyśmy zostawili u niego pod domem. My na to: my nie z tych waćpanie, co swoje rumaki zostawiają przed bitwą u chłopa na dziedzińcu;)
Po zdjedzeniu mojego wysokokalorycznego żarcia, czyli czekolady, buły, konserwy, a Piotrek po swoim równie mocnym jogurcie ;) Ruszylim dalej podbijać górę niezdobytą...
Podjazdy szły fajnie, czasem tak w pionie że nie szło się utrzymać. Na szczycie postój i jazda w dół nieznanymi nam drogami. W lesie za GPS robi mój kompas. Jak się okazało, trafilismy na tak fajne drogi leśne, że mieliśmy rowerową ekstazę:) Górka jest rewelacyjna. Powleczona siecią dróg leśnych i z dużą ilością szybkich zjazdów i stromych podjazdów. Tam też zgubiłem pokrętło od amora. W zasadzie Zjazd w kierunku góry Czosnki od Strzałówki to rewelacja. Da się też dojechać do suchej góry, ale jest stromo że hej, a nawet ho ho ;)
Myślę że filmik pokaże chociaż trochę jak tam jest. Warto się tam wybrać, ale koniecznie mocnym sprzętem, bo nawet nas na fullach nieźle wytłukło. Jeszcze nie raz zaliczymy tą fajną górę.
Filmik z jazdy (mocno stracił na jakości..)
Bardzo stroma ulica w Strzyżowie... Warto się wybrać. Herby:
Mapka będzie... Kilometry się nie zgadzają, bo nie uwzględnia błądzenia.
Oczywiście z nikim innym jak nie z ... Koną:D Piotrek pojechał jakoś bokiem i urwał trzy szprychy. Skończyło się na centrowaniu w lesie i jazdą z górki na swobodnie latającym sobie kole, ponieważ nyple się obluzowały kółko chciało się uwolnić od tego dzikiego jeźdźcy.
Mimo to jest git:
Centrowanie koła po tym jak kółko chciało odjechać:
Filmik jest, ale nie chce mi się wrzucać. To był wyjazd testowy przed strzałówką.
Nie wiem kiedy, ale na Blogu i Kuby jest:D Mieliśmy zaliczyć Strzałówkę, ale jakoś nie chciało nam się, więc jechaliśmy polami i szutrami, aż do Krasnej, potem Prządki, i powrót przez Strzyżów itd:D
- czyli moje drugie ulubione miasto:) Wyjazd z Rzeszowa gdzieś tam rano. Zapierdzielamy na rowerkach do Sanoka jak strzały;) 4h i jesteśmy na miejscu. W tamtym miesiącu 4 weekendy z rzędu byłem w Sanoku rowerem. Jakoś tak blisko się teraz wydaje.
Oczywiście moim klockiem:) i z Asią czyli moją przebajkerką. Rano rześko, a potem już szło i robiło się coraz bardziej upalnie... Widoczność za to prawie 100% bo aż do Gwoźnicy było widać połoniny. Tak wyglądał Wysoki dział, który przejechaliśmy dzień wczesniej (tam górą:)) Gdzieś tam byliśmy...
Po przebudzeniu ruszyliśmy w stronę Wysokiego działu, ale najpierw Jaśliska. Troszkę wilgotno, ale dało się jechać. Zapraszam do opisów u Asi i Piotrka, bo mamy te same zdjęcia, a nie chce ich ładować jeszcze raz:) Najważniejsze jest już opisane.
Dla mnie najlepszy dzień z całej wycieczki. Rower sam jechał, pomimo tego że załadowany i jeszcze sam z siebie ciężki. Czasami jeszcze holowałem Asię pod górę:) Bonusik, czyli zdjęcia których nie ma:
Prawie na Wołosaniu:
Jeszcze w rezerwacie Żródła Jasiółki:
Na Żebraku pod Chryszczatą patrzymy na czerwony szlak i zaraz tam jedziemy.