Jazda z moją ukochaną Asią:D W stronę Ropczyc zobaczyć wysoki na 47m krzyż:)
Asi nóżka zapodawała:) Podjazdy zaliczała bez marudzenia. Taka kobieta to skarb:D:D Po dojechaniu na miejsce, wpadliśmy jeszcze do Niedźwiady, do jej wujka, który jest księdzem. Pograliśmy tam chwilę w bilard w parafialnym klubie dla okolicznej młodzieży, mającej zajęcia w stylu "co by tu rozpieprzyć" ;) Powrót już szosą przez Ropczyce, ale skręciliśmy na Olchową i do domu.
Długo obijałem się z wpisami, bo jakoś tak po tym wyjeździe doznałem chwilowego wypalenia i odeszła mi cała chęć na pisanie bloga. Po prostu robię to niesatysfakcjonująco dla samego siebie.
No to teraz zaczynam:D
Pomysł zrodził się podczas rozmowy z Piotrkiem;) No to napisałem do całej ekipy moich koksów :D no i wybraliśmy się na Górę Słonną obok Sanoka. Na samym początku myślałem, że pojedziemy jakoś najkrótszą drogą przez szutry, ale Piotrek (kona) wpadł na szosie, więc bez robienia mu przykrości wpakowaliśmy się na asfalt. Piotrek narzucił nam tempo, które mi się podobało:) Mimo iż było pod górkę, to przyjemnie mi się jechało i było super. Lampka którą zmontowałem w ten sam dzień, spisała się dobrze.
Kona pojechał "na dół" :D
Na górze ognisko ok 2.20 Wszyscy szukaliśmy badyli, ale z rozpaleniem był problem. Po jakimś czasie wytoczyliśmy najcięższe działa, w postaci CX-80 i (po moich długich namowach) kawałek plastiku, który na dobre rozpalił wilgotne drewienka.
Jazda w dół około 4.30... wtedy zaczęło się najgorsze. Organizm domagał się snu, bo przerwa była za długa, a tu jeszcze prawie 100km do domu. Skoczyliśmy wymięci na stację, każdy kupił jakiegoś energetyka, ale to nie pomogło. Jeszcze zamiast w tyłek, wiatr zaczął nam wiać w plecy. Wszyscy jechaliśmy jak po weselu na kacu:p Kona złapał jeszcze kapcia. Ale jakoś dojechałem:) Pojechałbym jeszcze raz.
Bardzo fajna jazda z Piotrkiem i Piotrkiem ;) Nikt nie pojawił się rano oprócz nas po sceną. Chyba dlatego, że wielu pojechało na maraton, a Włochaty z Arturem do Łańcucha, tfu! do Łańcuta. Za to Piotrek z Piotrkiem mieli ochotę się pokręcić po naszych mało znanych okolicach. Więc wyruszyliśmy o 8 rano. Duchem byliśmy oczywiście z naszymi kolegami na maratonie:P
Najpierw jazda do Strzyżowa, jak najszybciej, czyli niestety (albo stety) szosą, gdzie po chwili odcina mi energię, bo nie zjadłem śniadania. No to postój pod sklepem w Czudcu, jeden duży pasztet i dwie buły. Mozna jechać. Do Sztrzyżowa jedzie się już całkiem gładko:)
W Strzyżowie mijamy schron kolejowy i jedziemy na Brzeżankę. Podjazd masakrujący termoregulację organizmu. Kilka zdjęć (od Piotrka i Piotrka) Pierwsze mycie rowerów po błotnym zjeździe: Na Górze śmigamy już szlakiem pieszym, co pokazuje filmik:
Nie wiedziałem, że będzie tak mokro. To co zapowiadała pogoda na necie, mówiło, że będzie w miarę sucho. Tak było, ale na Suchej Górze:p Dalej to jazda zawsze albo w błocie, albo omijając wielkie na całą drogę kałuże. Nie było nam dane szybciej pozasuwać, zresztą co widać na filmie. Ja miałem jeszcze lekko łysawe FireXC i przód praktycznie łapał trakcje, tył czasami jak chciał. Na ostatnim zjeździe tak uwaliliśmy rowery, że nie dało się ich pchać:P Do domu też wróciliśmy szosą, bo mieliśmy już dość błota w terenie.
Niezła jazda z moją mega prze kochaną Asią:) I widoczki miałem fajne podczas tasy... :D:D Takiej kobiety życzę każdemu bikerowi:) Szkoda że Asia się troszkę zmęczyła na podjeździe i była na mnie zła (lekko), ale to normalne. Tak ma, jak się zmęczy za bardzo. Dalej już szło z górki, to humorek jej się polepszył.
To zdjęcie mi się najbardziej podoba: Uhhh :D I zjazd do Czudca
Podjazd na Brzeżankę :D:D
Już na górze z Asią
A w domu niespodzianka...
Ogólnie trasa fajna, tylko strasznie gorąco. Do tego pierwszy raz dalsza trasa na mongoosie:) Jechało się szybko...
Na prawdę super jazda z ekipą BS spod sceny:) W Składzie: Miciu, Kona, Włochaty i Wilczek Ekipa że hej:) W sam raz na taką trasę. Oczywiście musiałem złapać gumę...
Trasa dała mocno po pupach nam wszystkim. Nie mam zdjęć, ale mam filmik i mapkę:) Jeśli ktoś chce, to może obejrzeć. następne będą lepsze.
I mapka:)
Bikemap kłamie co do ilości podjazdów i czasem też dystansu, ale to normalne. GPS Micia mówi prawdę. Podjazdów było 2350m.
Miałem jechać na maraton do Iwonicza, ale ze względów finansowych nie dałem rady. Umówiłem się w sobotę z Kubą, a w niedziele o 8 wyjechaliśmy przejechać się częścią nowo odkrytego przeze mnie szlaku terenowego. Pogoda rewelacyjna, czasem jednak zbyt gorąco. Rano z racji tego, że jechaliśmy polami to praktycznie nie spotkaliśmy ludzi, tylko raczej sarny i jednego zająca.
Jeszce coś mnie uchlało w szyję, pewnie osa, ale czuję to do dziś. Wleciało w pasek od kasku i dziabnęło mocno.
Pierwsze sarny w Racławówce: Później przeprawa przez pole:
Dalej polami...
Wjeżdżamy do lasu: Na wyjazdach z lasu ktoś wykopał doły i postawił zagrody. I dobrze, bo quadowcy i krossowcy nie bedą jeździć i zakłocać ciszy. Dla nas to pikuś:)
Już za lasem pojechaliśmy na Obszar chroniony Strzyżowsko Sedziszowski, czyli szutrami do Strzyżowa zu Lidl:p Samolot leciał:D Próbowałem złapać taką fajną muchę imitującą pszczołę... Czasem takimi zagajnikami: Potem już na Łętownie żółtym szlakiem: I już w Łętowni, czyli znanej miejscówce dla Strzyżowian:
Wcześniej złapałem snejka, bo za dużo cisnąłem z góry, a ciśnienie zbyt małe jak na tak delikatną oponkę... Na szczęście Kuba miał detkę (wylajtowaną:D) Gorzej z odkręceniem, bo nie zabrałem klucza:P a mam oś 12mm na nakretki.
Dało się kombinerkami Mammut. Zjeżdżamy do Strzyżowa do lidla, bo upał niezły, a pić się chce:
Tam w oddali nasz cel, czyli Bonarówka i Węglówka. W zasadzie to mieliśmy zaliczyć jeszcze Suchą górę, ale zbyt mało wody i jedzenia mieliśmy. W słońcu 35 stopni, więc gorąco.
Już coraz bliżej: I podjazd pod Bonarówkę:
Na szczycie punkt widokowy... Gdzie Kuba niesie statyw :D
No to zmierzamy w stronę Węglówki: Dalej przez szuter do kawałka drogi leśnej: Się wypiął :D A za lasem takie widoczki: Uwielbiam tamte tereny. Takie małe Bieszczady...
Jedziemy i jedziemy:) Sucha góra, ale niestety nie zaliczona, bo szła burza:
Nadchodzącą burzę widać tutaj: Po zjeździe do Niebylca postanawiamy jeszcze zahaczyć żarnową, więc drzemy od strony Gwoździanki. Podjazd masakryczny i długi: Wcześniej mijamy jeszcze kamieniołom:) Na Żarnowej widać jak idzie burza i to dość duża bo na horyzoncie się nie kończy... oj ciekawie:D Na szczęscie przeszła na wschód.
A tam gdzie byliśmy właśnie leje:D
Zasuwamy do domu już praktycznie cały czas z górki. Kuba w Przedmieściu czudeckim ściga się jeszcze z jakimś gościem, który zamiast bidonu miał puszkę piwa i w siatce też kilka piw.
Do domu już po mokrym asfalcie, bo okazało się że w Mogielnicy lało. Jesteśmy cali wykropkowani :D
Zalewem do domu. Nie mam dzisiaj weny do pisania:P to widać chyba heheh
Dodaję kilka fotek...
Jacek, dzięki za pożyczenie bluzy:) Oddam Ci jak się spotkamy.
Stało się to o czym marzyłem zimą. Wyruszyliśmy na niebieski szlak od Jazowej, do Odrzykonia, choć prowadzi on jeszcze dalej przez Kopce Jasienickie gdzieś daleko... Mam nadzieję, że go jeszcze zaliczę w tym roku:)
Wyjechaliśmy z Piotrkiem o 8 rano, ponieważ w sobotę nie mogłem, a i tak było mokro i brzydko, to pojechaliśmy zgodnie w niedzielę:) Na początku myślalem że wymiękne, jakoś nie mogłem sie rozkręcić, ale po podjeździe w Niechodbrzu organizm wszedł na wysokie obroty i dalej już szło, pomijając liczne kryzysy psychiczno fizyczne, które na przemian przewijały się u mnie i u Piotrka. Ten dzień był dniem, w którym samego prowadzenia roweru pod górkę było całkiem sporo, choć prowadzenie to zbyt lekkie słowo w stosunku do mojego roweru;) Ja go wdzierałem. Za to teren bajka:) Polecam każdemu, kto myśli że jest kozak heheh W lesie za Czarnówką były już widoczne ślady rowerów, czyli ktoś tamtędy jechał, ale to chyba ludzie z MTB Strzyżów, bo niedługo jest tam maraton. Za to na samym szlaku zero śladów, jedynie jeden ślad motocrossowy. Z suchej góry za to szlak całkowicie zasypany liśćmi i tylko znaczki na drzewach pozwalały go zauważyć. Zjazd stromy, nawet dla zjazdówki. Nie da się opisać tej wycieczki, po prostu trzeba pojechać. Szerszy opis i bardziej merytoryczny u Mistrza takich wypraw Piotrka:)
Kilka zdjęć:
Pierwszy las i pierwsze zgubienie się
Postój przed Tułkowicami gdzie niestety pomyliliśmy kierunki i nie podjechaliśmy na Chełm Zjazd w Tułkowicach: szybki jest...
Jesteśmy już blisko:)
Na podjeździe takie zwierzaczki:
Podjeżdżamy: a nie było dużo takich łagodnych podjazdów;) Sie nie da jechać:P
i już na górze Takich skałek było bardzo dużo
Gdzieś za Czarnówką:
Szlak
Widok na Krosno:
Zjazd z Suchej Góry szlakiem: Stromo momentami, że nie dało się zjeżdżać
na dole czekał nas taki most: ale na szczęście przeszliśmy przez rzeczkę po kamieniach.
Wybrałem się sam, bo nikomu nie podpasowała godzina wyjazdu, o 10. Na cel wybrałem sobie okolice parku Czarnorzecko Strzyżowskiego, czyli moje ulubione górki zamknięte na ciekawym obszarze. Pierwsze śniegi jeszcze na podjazdach. Tutaj akurat dopiero Niechobrz góra. Było ciepło. Za grubo się ubrałem i później musiałem podwinąć rękawy, ale dało to pożądany efekt:) W lesie jest jeszcze czasami sporo śniegu po kostki. Dalej jazda przez Czudec na Żarnową gdzie zobaczyłem takie coś: Lampy zasilane solarnie i siłą wiatru:) Bajer... Zamiast żarówki jest duży czip z diod wysokiej mocy. Wiatraki tego dnia zapierdzielały jak głupie hehe W innych miejscowościach też widziałem takie lampy. Jest ich coraz więcej.
No i jestem na górze:
Potem zjazd na dół tą samą trasą. Musiałem uważać, by podmuch wiatru nie zmiótł mnie do rowu, bo straszliwie wiało, a na oko było z 70 na liczniku (którego nie było) Dalej przez Strzyżów na Brzeżankę i znalazłem się tutaj:
Kiedyś były tam zarośla, a teraz zrobiono super altankę i punkt widokowy:) Pięknie tam jest, a blisko.
Kolejny punkt jazdy to jazda w dalszym ciągu na południe pod wiatr, który w lesie trochę osłabł. Niebo się trochę zachmurzyło, ale nadal było przyjemnie. Z drogi asfaltowej zrobił się mokry szuter: następnie takie coś:D Sam lód i to pokryty warstwą wody... ślisko, że nie dało się zupełnie hamować. Iść sie też nie dało:P Musiałem zrobić z roweru Rowero-katamaran, z tym że za boczną "łódkę" posłużyła mi lewa noga (później cała przemoczona) Jakoś się udało nie zabić, ale niżej było strasznie dużo błota i przez nie, łańcuch pozbył się zupełnie smaru...
Po zjeździe na sam dół ukazały się taki widoczki:) Moje ulubione fajne "górki" strome trochę... Na Suchej Górze Czarnorzeckiej stoi bardzo duży nadajnik Widać go z Rzeszowa i prawie z każdego miejsca wokół.