Wpisy archiwalne w kategorii

Moje zdjęcia

Dystans całkowity:20317.01 km (w terenie 4836.61 km; 23.81%)
Czas w ruchu:670:59
Średnia prędkość:18.68 km/h
Maksymalna prędkość:76.20 km/h
Suma podjazdów:32499 m
Suma kalorii:20000 kcal
Liczba aktywności:321
Średnio na aktywność:63.29 km i 3h 35m
Więcej statystyk

Już po wszystkiem! :D

Niedziela, 15 września 2013 · Komentarze(10)
No i już po wszystkim, teraz mogę zacząć jeździć i coś skrobać, bo ostatnio dużo się działo.
Jak już pewnie niektórzy wiedzą, w międzyczasie ożeniłem się z moją Masakrą i od teraz będzie już wspólna jazda na rowerach.


Kolejnym etapem było wprowadzenie się do nowego/starego domu i ogarnięcie wszystkiego, bo jednak było tego sporo i nadal jest...

Zdecydowanie najlepszym wydarzeniem ostatnich czasów, było uczestnictwo w rowerowej górskiej pielgrzymce. Atmosfera jest git, bez smętów, bez jakichś spiewów itd. Po prostu jazda w terenie nasycona widokami i zjazdami z podjazdami ;) Modlitwa jest, ale bardzo minimalistyczna. Sama jazda daje czas na jakąś głębszą rozkminę, szczególnie że nasz księdzu Andrzej "enduro" Rozum*, potrafił trafić do naszych rowerowych głów :)
3 dni we względnie dobrej pogodzie, ale 4 to już tylko woda woda i jeszcze raz błoto. Do tego zimno.
Wyżywienie na szóstkę i ogólnie klimat bardzo fajny.

No i złożyłem sobie rower, a w zasadzie kupiłem i trochę zmodyfikowałem.
Będzie do jazdy :D

Dystans jest z pielgrzymki.

Oto tę rowę:


Żałuję że nie robiłem wpisów, ale z liczników wynika, że tegoroczny dystans nie różni się znacznie od tego z poprzedniego roku. Jest chyba z 1k mniej.

Miejsko-wiejski krążownik

Sobota, 2 marca 2013 · Komentarze(10)
Kategoria Moje zdjęcia

Złożyłem w końcu jakiś rower typowo na miasto, a do tego zakupiłem sobie U-locka, czyli szekle, bo bez niego ten rower nie ma racji bytu.
Zobaczymy jak będzie się pomykało. Ze wstępnych jazd wynika, że jest wygodnie i nawet przyspiesza:)

Óphil czyli po naszemu, jazda pod górę na rowerze

Sobota, 23 lutego 2013 · Komentarze(7)
Piękna pogoda:) Piotrek wieczorem poprzedniego dnia napisał, że nie ma z kim jechać. Nie moglismy nic poradzić :/
Wyjechaliśmy z Łukaszem i jego 3 litrowym smokiem Fordem Taurusem z załadowanymi dwoma rowerami. Wszystko dopięte na ostatni guzik.

Droga przez Zagórz to nie był dobry pomysł. Same dziury i ruch wahadłowy spowodowany remontem drogi. O dziwo, wykonywała to firma, z której się zwolniłem przez tragiczne warunki pracy i marne pieniądze o wdzięcznej nazwie Duplaga;)

Dotarliśmy na miejsce, a tu Piotrek. Myślałem, że przyjechał rowerem jak planował. Miał zamiar jechać PKSem do Zagórza a potem 40km jeszcze do Smolnika. Na szczęście znalazł się ktoś, kto go zabrał. Niestety mieli też awarię samochodu, bo urwał im się wahacz.

Piotrek zajął 4 miejsce w open i 3 w swojej kategorii:) Gratulacje Kona!

Pominę zapisy itd.
Na starcie patrzę na tylny zacisk, do ruszenia odliczają 8 sekund. Skapowałem, że zacisk mi się odkręcił. A jako że to tylny hamulec, nie mogłem tego zignorować. Musiałem zjechac od razu na bok, peleton mi uciekł, ja dokręcałem hamulec i ustawiałem by nie tarł:P

Następnie musiałem dowalić ostro do pieca, i wyprzedzić chyba połowę peletonu, co kosztowało mnie strasznie dużo siły. Dotarłem gdzies do połowy i tak już się tasowałem. Po jakimś czasie okazało się, że nowy łańcuch bardzo się polubił z małym blacikiem korby i nie chciał go puścić...
Tak, że cały wyścig z blatu 38t przód i 30t tył:D
To mnie już zdemotywowało. Nie wyczaiłem tego, bo po mieście nie jeżdżę na 22t a tu wyszło co wyszło...
Zająłem w gruncie rzeczy 18 miejsce w M2 i 54 w Open. Mogło być lepiej gdyby nie sprzęt.
Niestety przysłowie, że szewc w dziurawych butach chodzi, się sprawdziło.

W drodze powrotnej okazało się, że urwał się wężyk do spryskiwacza, ale zajechaliśmy w Dukli na stację, pan dał nam butelkę ze spryskiwacza. Użyliśmy rurki która była wewnątrz i jak się okazało, pasowała idealnie. Nic nie ciekło i mogliśmy jechać. Jeszcze tylko jakiś poheblowany Słowak za nami jechał i wyprzedzał tiry na 3ciego. Idiota. Szczególnie, że warunki były niezbyt dobre, bo ciemno, zimno i mokro oraz trochę zakrętów ze zjazdami.







Serwis, karma, chleb, opony, lampka

Piątek, 22 lutego 2013 · Komentarze(7)
Kategoria Moje zdjęcia
Skrót dnia w 5 słowach;)
Naprawiłem odkurzacz, znaczy się coś tam porobiłem, co można nazwać zlikwidowaniem usterki.
Założyłem sobie kultowy komplet opon Smoke+Dart.
Asi doszła lampeczka i powinna być zadowolona, bo jara to jak dzikie :D



Dzięki Piotrek za lampidło:)

Wilcze, tym razem zaliczone

Niedziela, 17 lutego 2013 · Komentarze(2)
Kto dzisiaj nie jechał, ten powinien kupić sobie maszynę czasu i wrócić do niedzieli, ponieważ piszę to w poniedziałek :P

Wczoraj Piotrek napisał mi, że chce jechać oczywiście terenem na Wilcze. Jak wiadomo, miejscówka dość ciekawa do zdobycia, bo większość drogi sam teren i jakieś tam odcinki asfaltowe z 5 domami na krzyż, czyli klasyczna Polska B, a nawet miejscami C. Po drodze jeden sklep.

Wstałem o 7. O 9 już czekał na mnie Łukasz, czyli jedyny tej zimy twardziel, z którym można jeździć. Piotrek niestety dał w pedałko i zaspał :/
Pojechaliśmy we dwóch. W Rzeszowie mało śniegu, ale z każdym metrem w pionie, było go więcej. A nawet białe drogi asfaltowe.



Najgorsze były zjazdy, bo strasznie wychładzały. Podjazdy odwrotnie.
Jechało się znacznie lepiej, bo śnieg był dobrze ubity i kolce nieźle się wgryzały.

Najgorzej było już na żółtym szlaku na Patryję. Nie dało się prawie jechać. Mimo, że warstwa śniegu była cienka, jakieś 15-20cm, to był on dośc mocno zmrożony i koła kręciły się w miejscu, a przełamywanie tej warstwy, generowało straszne straty energetyczne. Mieliśmy łącznie parę km pchania.


Na punkcie widokowym, przywitał nas fajny psiak, który szczekaniem kazał nam sobie rzucać kijami. Rzucałem, aż w końcu mi się znudziło.
Kilka zdjęć, rzut kijem daleko i spierniczanie do lasu, byle by piesek nie wrócił:P

Jako że nasze zapasy żywności i picia się prawie skończyły, musieliśmy jechać zielonym do Błażowej. Zjazd w dość głębokim śniegu. Trzeba było jeszcze sporo dokręcać żeby w ogóle jechać. Na szczęście na płaskim odcinku spotkaliśmy 3 osoby, które biegówkami od kilku dni wyjeździły ładny ślad, po którym dało się całkiem fajnie jechać. Podziwiam tych ludzi, bo to jednak ludzie starsi, a śmigają po lesie na biegówkach.
I znowu, czym niżej tym coraz mniej śniegu. Na dole asfalty już suche i widać trawę. W Błażowej zakupy i kolejny podjazd na Las. Znowu coraz więcej lodu, a jakiś psychol zasuwał jak psychol...

W lesie był sam lód. Gdyby nie kolce, to pewnie wiele razy bym leżał, lub lądował w rowie. Niestety głupich kierowców przybyło, bo minęło nas w lesie chyba 4 samochody, które ledwo trzymały się drogi. Głupich, bo jechali za szybko jak na warunki, a oni nie mieli kolców.

Łukasz:


Na tym terenowa jazda się skończyła. Zjechaliśmy do Tyczyna i dalej już Sikorskiego do domu.

Dywizjon trzydzieści trzy

Poniedziałek, 11 lutego 2013 · Komentarze(3)
Kategoria Moje zdjęcia
Czas jazdy nieistotny...
Zaatakowaliśmy wzgórze, strzeżone przez kilku uzbrojonych w Poloneza i sanki, oraz babkę. Nasz sprzęt, czyli lekki i ciężki czołg, zdołały przebić się na punkt strategiczny, czyli Kościół warowny św. Magdaleny. Zanim się to jednak stało, czekała nas przeprawa przez pole minowe. Zadeptywaliśmy komuś zboże ozime, ale na szczęście przeżyliśmy potyczkę z babą i jej chłopami z polonezem. Dalej już przesiadka na lekkie sanie, by kontunować zjazd do doliny;)
Mision sakses :D

Negatywy z dziennika pokładowego:




Łukasz za nic miał wroga;)


Strategia...

Fajfoklok!

Kolejny porąbany wpis

Poniedziałek, 21 stycznia 2013 · Komentarze(3)
Kategoria Moje zdjęcia
Rano oczywiście lało na mnie z nieba, a później zamarzało. W serwisie bawiłem się w naprawę rowerka Stamm Cardio PRO. Fajna rzecz. Po kilku godzinach udało się naprawić rower różnymi sposobami;)
Dla testu, jeździłem na nim chyba więcej niż godzinę. Fajny sprzęt, bo ma pomiar mocy. Niestety skala kończy się na 350W, a ja myślałem że taki słaby jestem i darłem ile mam sił, a tu nic. Ogólnie można ćwiczyć interwały i podjazdy, bo sam sobie symuluje takie coś.
Osobiście wolę prawdziwy rower, ale z braku czasu i godzina na takim rowerze jest fajna:)

Ril foto:

Trochę inne programy...


Przez takie grzanie, do domu pomykałem jak na wyścigu. Pomimo tego, że zrobiła się straszliwa szklanka, to jakoś przeżyłem dojazd.

Prawie Wilcze - i dzisiaj zastanawiam się, czy jestem normalny...

Sobota, 19 stycznia 2013 · Komentarze(4)
Napisałem na forum, ale nikt oprócz Łukasza nie chciał jechać. Nawet Miciu, ale jego akurat choroba usprawiedliwiła. Reszta miała problemy z butami, nogami, rowerami, zimnem, sesją, żoną, pracą, a nawet z księdzem :O

Nie chciało mi się wstawać, ale jakoś poszło. Termosik, energetyk na rozruch, batonik, kanapeczki i ubieram się w mój skafander.

Przyjeżdżam, a w tunelu już czeka Luk. Pierwsze metry i kilometry, to śniegowe mordobicie. Cały czas padało, a w nocy jeszcze dowaliło z 10cm. Wszystkie drogi białe. Niestety pod spodem zalegała warstwa zmrożonego starego śniegu, który działał lepiej niż hamulec.

W takich warunkach zdecydowaliśmy jechac bez wodotrysków. Czyli tradycyjnie na Grocho, obczaić jakie są warunki terenowe. Jak dla mnie, dość ok, bo bywało gorzej. Łukaszowi jednak się nie spodobało s i ę ;)


Po doturlaniu się na górkę, zjechaliśmy już do Babicy, potem podjazd Lubenia, gdzie jakiś kolo chcąc mnie wyprzedzić BMW, niestety zapomniał, że jest zima, a on ma napęd na tylną oś. Miętosił śnieg i miętosił, a ja już dawno znalazłem się na górze. Poczekałem trochę na zwiedzającego okolice Łukasza. Dalej już tylko lepiej. Jak to mawia Marek "czym dalej w las, tym więcej drzew". Staropolska mądrość z którą nijak się nie da niezgodzić ;)




Skrót dalszych kilomentrów to już taki prosty rekosensans ;)
Śnieg, człowiek, człowiek z dzieckiem na sankach, człowiek bez dziecka, dziecko bez sanek i sanki bez dziecka, a wszystko to na sniegu! Oraz jeszcze jakiś inny człowiek z łopatą do śniegu oraz również bez.

U mnie ESP (ekstra super powercośtam) załapał idealnie, jak na ten rower, bo czym dalej, tym lepiej mi się jechało. Niestety Łukaszowi coś się algorytmy pokiełbasiły i było zupełnie odwrotnie do moich;)

Po przejechaniu przez Las w Sołonce i w ogóle zauważeniu, że na szlaku na Wilcze, jest tylko jeden zasupany ślad samochodu, ogarnęła mię rezyngnancja.
Łukasz obrał już drogę na północ i ja razem z nim.

Wycieczka, to dobra rozgrzewka. Trzeba jeździć więcej w terenie, bo zabawa jest przednia...

Takie są właśnie problemy, gdy spreja dorwie się jakiś analfabeta:

(Stoję ja)


Skleciłem nawet jeden filmik. Jak wiadomo, dokument, a nie jakieś tam Where the trail ends:)



Ktoś nie lubi śnieżku?

Sobota, 12 stycznia 2013 · Komentarze(7)
Kategoria Moje zdjęcia
Po asfalcie, to faktycznie jest bida, ale za to w terenie cudownie.
Rano z Markiem i Łukaszem wsiedliśmy w pociąg. Wysiadka w Lubzinie. Od razu pod górkę.
Jazda w stronę krzyża i po jakimś czasie byliśmy w Borkach Chechelskich.
Pogoda idealna do jazdy.

Wyjazd super:) Szkoda, że Marek miał awarię systemu napędowego ;) Ale myślę, że kolano się zregeneruje i będzie fajnie.
Pozdrower dla faceta który jadąc samochodem, machał i krzyczał "pozdrawiam mistrzów!" Przyjemnie :D
Musimy robić częściej takie jazdy.

Rower Marka wyglądał przy naszych jak cud techniki... niestety nie każdego stać na takie luksusy.
Te rowery w pociągu, to tylko tak na pokaz, żeby ludzie się dziwnie nie patrzyli.


Ekipa:

Jedziemy...

No i krzyż na drogę ;)


Z Krzyża takie widoczki:


Winda już jest i pewnie działa, bo brama jest zamknięta na kłódkę. Może na wiosnę da się skorzystać z windy.

Koleś z drzewkiem fajnie porył nam dróżkę. Chyba lepiej się jechało...


Wracamy lasami, grzbietem którego nazwy nie pamiętam, bo może i nie ma on nazwy;) Wiem, że górka Kamieniec, to najwyższy szczyt tego pasma.

Widać takie górki w oddali:


Mapka:

Ajron, Ajron men!

Piątek, 14 grudnia 2012 · Komentarze(9)
Kategoria Moje zdjęcia

Tytułowy Ajron men!
(Swoją drogą, schroniło mnie to trochę od wiatru, bo wiało na moje oko z 50km/h i oku było trochę zimno...)

Chyba jestem głupi, że wybrałem sie sam (bo Piotrek nie zdążył zainicjować programu ubierania, jedzenia i wyjścia).

Wyjechałem gdzieś przed 10-tą. Od razu uderzyłem zalewem na Boguchwałę. Dalej już standardowo terenem, a nawet tamte asfalty były zupełnie białe.
W porównaniu do poprzedniego dnia, od razu lepiej mi się jechało. Jednak energetyk z rana daje wiele.
Na wyjazd zabrałem 5 batonów z lidla oraz termos.

Na Grochowicznej tylko moje ślady z poprzedniego dnia. Dzisiaj robiłem trzeci:)
Na podjeździe było mi już tak gorąco, że musiałem się rozpiąć. Ślimacznym tempem wjechałem w końcu na samą górę. Tam czarnym zjechałem do Czudca. Czarny też dziewiczy. Mój ślad był pierwszy, chociaż było trochę niebezpiecznie, bo koleiny niezbyt widoczne, a nawet wcale. Dzikim lasem jedzie się znacznie lepiej.
Na zjeździe mnóstwo zasp świeżo usypywanych przez bardzo mocny wiatr. Nie mogłem się rozpędzić nawet do 35km/h z dokrecaniem, a normalnie da się tam jechać z 60.


Cały dzień był taki strasznie wietrzny.

W Czudcu miałem dzwonić po Michała, ale pomyślałem że chyba nie będzie chciał, bo zimno itd.

Postanowiłem się przedostać żółtym szlakiem na Zamkową, ale jak przypuszczałem, cały podjazd był masakrycznym pchaniem mojego 20kg kloca w śniegu. Przynajmniej wiatru nie było :P

Tam jest szlak!


I tutaj też:


Później już tylko wiało, zaspy co parę metrów i jeszcze pomimo kolców, wiatr ściągał mnie do rowu.


Gdzieś tak w centrum tego zdjęcia widać Suchą G.

Schroniłem się w miejscu na kosz, wypiłem zjadłem batona i jadę:) Muzyczka mi cały czas przygrywała, dlatego miałem super humorek.

Po drodze przywitał mnie fajny duży psiak. Myślałem że będzie mnie obszczekiwał, ale zaczął skakać z radości. Fajny puchaty był i wcale nie było mu zimno.

Na asfalcie był sam lód...

Oczywiście spróbowałem jechać lasem i jakoś mi nawet wychodziło, ale czym stromiej, tym lepiej mi się pchało, a nie jechało;)


Po wyjściu z lasu, chciałem dostać się na drogę, ale niestety jakimś dziwnym trafem, wszystkie sobie zniknęły w zaspach do poły ud. Do tego cały czas wiało jak na Giewoncie.


Widzicie te fale śniegu? :D Stałem i patrzyłem tak kilka minut, bo było mi strasznie gorąco po tym pchaniu.

Dalej też pchałem, niosłem, darłem i zapadałem się od czasu do czasu w zaspach.
Niestety nie zdobyłem Kopaliny, ale za to znalazłem ciekawy zjazd i to w terenie lasem:D
Wymęczony pchaniem zjeżdżałem i nawet raz przeleciałem przez kierownicę. Samemu to nie jest już tak zabawnie...
Zjechałem do jakiegoś miejsca w lesie. Potem jakąś polną drogą i wylądowałem przy kościele... Więcej na mapce.

Jakimś sposobem dostarłem na czarny szlak koło toru DH i zjechałem do Lubenii. Potem podjazd na Grochowiczną, czyli serpentyna. Czym wyżej, tym więcej śniegu i znowu zaczyna wiać, a droga jest zawalona przesypującym się śniegiem. Znowu wpadam do rowu w zaspę.

Jechałem już prawie ostatkiem sił. Na miejscu ogniskowym, siadłem sobie w domku i zatankowałem 2 batony ogrzane ciepłym sokiem z termosu.
Zjazd z Grochowicznej, gdzie kreślę 3 ślad i prawie w domu. W Boguchwale spotykam pierwszego bajkera.

Kopalina z Grochowicznej:


Zalew, dom :)

Miłego.

A muzyczka jaka mi towarzyszyła, to:
mix 80 trance compilation mixed by Audionaut - Bardzo fajny mix muzyki trance (nie mylić z techniawą!).
Oraz koleś, który nazywa się Nacho Sotomayor. Koleś tworzy bardzo miłą muzykę z pogranicza ambientu, elektroniki zmieszaną w stylu... a zresztą zobaczcie sami:

Oraz najbardziej znany:
I jeszcze godny uwagi i bardzo przyjemny:

Gościła również muzyka reggae, czyli kultowy zespół Professor i Tribal Seeds.


Mapka (rysowana):